Czy poród to trauma na całe życie? – moja historia

Po tym jak opublikowałam na IG zdjęcie mojej nowo narodzonej córeczki, dostałam od Was multum gratulacji, ale również sporo zapytań dotyczących przebiegu samego porodu. W zeszłym tygodniu będąc na spacerze z Małą spotkałam koleżankę w ciąży, która przerażona wizją zbliżającego się dnia rozwiązania nie mogła spać od miesiąca. To spotkanie nakłoniło mnie do opowiedzenia Wam mojej historii. Czy poród to trauma na całe życie?

Z pewnością, jak większość przyszłych mam, szukałam odpowiedzi na powyższe pytanie w internecie. Na forach można znaleźć porównanie bóli porodowych do uderzeń siekierą w brzuch, nabijania na pal, czy też ciosów zadawanych kijem bejsbolowym. Nastawiłam się na najgorszy scenariusz…

Termin porodu miałam wyznaczony na 31 maja, jednak uparłam się, że urodzę w Dzień Matki. Gdy w kalendarzu wybił 26 maja nic, a nic się nie działo. Zero skurczy, brak jakichkolwiek bóli… Tylko kobieta w 40 tygodniu ciąży jest w stanie zrozumieć zmęczenie, niecierpliwość, jaką odczuwa się w tym okresie. Zacisnęłam zęby i w myślach powtarzałam sobie “dzisiaj urodzę!”  Z samego rana wybrałam się na spacer z psami, później zaliczyłam kilkadziesiąt schodów i znowu spacer. Po 16 wróciliśmy do domu i z wielkim smutkiem stwierdziłam, że to się dzisiaj nie wydarzy. Godzinę później leżąc na kanapie usłyszałam specyficzny dźwięk “pękającego worka z wodą” i poczułam, że odeszły mi wody. Ze stoickim spokojem zadzwoniłam do umówionej położnej uprzedzając, że pojawię się za godzinę na porodówce. Przed wyjazdem wzięłam prysznic, dopakowałam torbę, a nawet zrobiłam hennę na brwi! Na izbie przyjęć tłumaczyłam Pani Doktor, że chyba jednak nie rodzę, bo nic nie czuję. Podłączono mnie do KTG i obie z lekarką przeżyłyśmy szok. Skurcze były wyraźne i silne, a mnie nic nie bolało. Kilkadziesiąt minut później byłam już na sali porodowej, gdzie zajęła się mną umówiona położna. Smsowałam z Mamą, która właśnie była na zakupach i wysyłała mi zdjęcia żakietów, butów, torebek. Nie powiedziałam jej o tym, że właśnie rodzę, żeby jej nie martwić, dowiedziała się dopiero po fakcie. W międzyczasie podłączono mi wenflon, zrobiono lewatywę – wszystko do przeżycia! Chodząc po sali wyczekiwałam tych okropnych bóli przypominających uderzenia siekierą w brzuch. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Przy 5 cm rozwarcia poczułam ból przypominający ten miesiączkowy, wtedy położna zadecydowała o znieczuleniu zewnątrzoponowym. Nie uważałam tego za konieczne, jednak posłuchałam się doświadczonego personelu i dobrze zrobiłam. Wbijania “igły w kręgosłup” wcale nie zauważyłam, a po chwili nie czułam już nawet nóg. Spokojnie mogłabym pójść spać, ale nie wypadało 🙂 Już wcześniej personel miał ze mnie ubaw: nie czuje skurczy, wymalowana (make up został ze mną do końca!), rodzi w eleganckiej koszuli nocnej, co by było jakbym przespała swój poród 😀 Znieczulenie zeszło koło godziny pierwszej w nocy. Podczas skurczy partych czułam już wszystko, jednak ból był całkiem do zniesienia. Chociaż pamiętam, że trochę sobie pomarudziłam “nie dam rady”, “już nie mogę”, a po chwili miałam już mój cudowny Skarb na piersi. Tego uczucia nie zapomnę do końca życia. To tak jakby mój cały poprzedni świat runął i pojawił się nowy tylko 100 razy lepszy. Tę historię dedykuję wszystkim przyszłym mamusiom, które panicznie boją się porodu. Jak widać, to nie musi być traumatyczne przeżycie.

Swój poród będę wspominała bardzo dobrze, żeby nie było tak bardzo różowo, to prawdziwy ból poznałam dopiero w połogu, ale to zupełnie inna historia 😉

Teraz doceniam możliwość siadania i chodzenia, a spacery z Amelką stały się nieodłączną, miłą czynnością dnia codziennego. Łapcie fotki z naszego pierwszego wyjścia z domu #2weekspostpartum

Stylizacja:

spodnie, bonprix, cena: 99 zł

buty, bonprix, cena: 89 zł

koszulka, bonprix, cena: 49 zł

-torebka, reserved, cena: 59 zł

-kapelusz, prezent

 

Dodaj komentarz